|
Czy wysoki urzędnik państwowy może zabrać rodzinie dzieci, wykorzystując swoje stanowisko, kierując się przy tym powierzchowną oceną i emocjami? Chodzi o głośną interwencję rzeczniczki praw dziecka Moniki Horny-Cieślak, po której dwoje małych dzieci trafiło do placówki opiekuńczo-wychowawczej. Sąd później nakazał ich natychmiastowy powrót do rodziców. Sprawa od kilku dni wywołuje wiele kontrowersji. Niepokoi nie tylko sposób działania rzeczniczki, lecz także uległość instytucji, które szybko i chyba zbyt bezrefleksyjnie zareagowały pod presją. Jeszcze bardziej niepokojące są informacje o telefonie do sędziego. To sytuacja, która przywołuje skojarzenia z czasami, gdy stanowisko i wpływy pozwalały załatwiać sprawy poza obowiązującymi procedurami. Rzeczniczka praw dziecka nie zdała egzaminu. Interweniowanie w przypadkach przemocy wobec dzieci jest konieczne i nie budzi żadnych wątpliwości. Państwo dysponuje odpowiednimi mechanizmami, sądami rodzinnymi i możliwością natychmiastowego działania. Od oceny sytuacji i podejmowania decyzji są jednak konkretne osoby, które ponoszą za nie odpowiedzialność. Nie zawsze wszystko przebiega bezbłędnie, ale obowiązujące procedury istnieją po to, by chronić zarówno dzieci, jak i rodziny przed nadużyciami. Rzeczniczka swoją interwencją nie wzięła odpowiedzialności za skutki swoich działań, poza być może odpowiedzialnością polityczną. Kierując się emocjami, spłyciła problem, pokazując raczej arogancję władzy niż autentyczną troskę.
|