Weto prezydenta wobec przepisów o uproszczonych rozwodach nie uratuje małżeństw, lecz wydłuży „agonię martwych związków” – uważa dr hab. Joanna Dominowska. W rozmowie z PAP adwokatka i profesor SGH opowiedziała o rozwodach, wojnach o dzieci i zmianach społecznych w Polsce. Projekt miał przede wszystkim odciążyć sądy i ograniczyć wielomiesięczne oczekiwanie na zakończenie formalności.
Rozstań nie będzie mniej
Prezydenckie weto wobec nowelizacji umożliwiającej część rozwodów poza sądem nie zmniejszy liczby rozstań – oceniła dr hab. Joanna Dominowska, adwokatka i profesor Szkoły Głównej Handlowej w Warszawie, specjalistka prawa rodzinnego.
Jej zdaniem uproszczona procedura nie była „łatwym rozwodem na kliknięcie”, lecz próbą odciążenia sądów i skrócenia postępowań w sprawach bezdzietnych małżeństw, które zgodnie chcą się rozstać. – Ta procedura wcale nie była lekka czy błaha. Małżonkowie mieli dwa razy stawić się w USC – najpierw złożyć oświadczenie o woli rozwodu, a potem po miesiącu je potwierdzić – powiedziała PAP prof. Dominowska.
Jak podkreśliła, obecnie w Warszawie na pierwszą rozprawę rozwodową czeka się nawet rok, a ten czas – wbrew argumentacji zwolenników weta – nie służy ratowaniu relacji, a ludzie nie przechodzą w tym czasie żadnej magicznej metamorfozy. - Po prostu żyją osobno i coraz bardziej się frustrują. Dzwonią do kancelarii i pytają tylko: „kiedy będzie termin?” – zaznaczyła.
Według prawniczki przewlekłe postępowania generują dodatkowe problemy - prawne i finansowe. Wskazała m.in. na sytuacje, gdy kobieta po rozstaniu zachodzi w ciążę z nowym partnerem, ale formalnie nadal pozostaje mężatką. Wówczas działa domniemanie ojcostwa męża, co oznacza konieczność kolejnej sprawy sądowej. – Do tego dochodzą kwestie majątkowe. Małżonkowie żyją osobno, ale nadal obowiązuje wspólność majątkowa. Jeśli nie ma zgody co do rozdzielności, pojawia się następny proces – podkreśliła.
Praktyka sądowa nie nadąża
Dominowska nie zgadza się także z argumentem, że rozwód nie powinien odbywać się przed kierownikiem USC. – Skoro ten sam urzędnik może przyjąć oświadczenie o zawarciu małżeństwa, to dlaczego nie miałby przyjąć zgodnego oświadczenia o jego zakończeniu? To przede wszystkim kwestia techniczna i organizacyjna. Takie sprawy mógłby prowadzić również referendarz sądowy albo notariusz – oceniła.
Adwokatka zwróciła uwagę, że najdłużej trwają nie sprawy dotyczące winy, ale konflikty wokół dzieci: alimentów, kontaktów i opieki. – Coraz więcej ojców walczy o realny udział w wychowaniu dzieci i bardzo często są to fantastyczni ojcowie. Problem polega na tym, że praktyka sądowa nie nadąża za zjawiskiem alienacji rodzicielskiej – powiedziała.
Jak zaznaczyła, postępowania dotyczące utrudniania kontaktów z dzieckiem trwają miesiącami, tymczasem przy małych dzieciach nawet rok bez kontaktu z jednym z rodziców może prowadzić do zerwania więzi.
Zdaniem Dominowskiej zmieniają się również społeczne przyczyny rozwodów. Coraz rzadziej małżeństwa trwają z powodów ekonomicznych lub religijnych, a coraz większe znaczenie mają niezależność finansowa kobiet i zmiana stylu życia. – W dużych miastach ludzi po prostu stać na rozwód. Stać ich na adwokata, nowe mieszkanie i nowe życie. Kobiety nie boją się już tak bardzo samotności ekonomicznej – wskazała.
Prawniczka zauważyła również, że współczesne konflikty rozwodowe często wynikają z różnic światopoglądowych, oczekiwań wobec rodziny czy stylu życia. – To, że ktoś był świetnym partnerem w liceum, bo słuchał tej samej muzyki i obracał się w tym samym towarzystwie, nie oznacza jeszcze, że będzie dobrym partnerem w dorosłym życiu. Ludzie czasem po prostu wyrastają z siebie – podsumowała Dominowska.
Mira Suchodolska (PAP)