Artykuł opublikowany 29 maja 2026 r. na portalu infor.pl, sygnowany przez adw. Wojciecha Wandzla z KKG Legal, przedstawia się jako głos rozsądku wzywający do „mniej emocji, więcej precyzji". Niestety, dokładna lektura tekstu ujawnia, że to właśnie jego Autor stosuje zabiegi retoryczne, które pozorują chłodną analizę, a w istocie służą określonemu interesowi - obronie banków przed skutkami wyroku TSUE z 23 kwietnia 2026 r. Pozwolę sobie poddać argumentację Autora rzetelnej krytyce.
- Selektywna lektura wyroku TSUE
- „SKD nie wynika z prawa unijnego" - argument pozornie silny
- Przepis art. 23 dyrektywy obrócony przeciwko konsumentowi
- Argumentacja z historycznej akceptacji praktyki
- Dyskredytacja powodów przez tożsamość ich pełnomocników
- Konkluzja
Selektywna lektura wyroku TSUE
Autor przyznaje, że TSUE zakwestionował praktykę naliczania odsetek od kredytowanych kosztów (prowizji, ubezpieczeń), a następnie błyskawicznie neutralizuje to ustalenie, wskazując, że bank „może rekompensować koszt finansowania poprzez odpowiednie ukształtowanie oprocentowania". To prawda - ale zupełnie nie na temat. Konsumenci, którzy zawarli umowy zawierające kwestionowaną konstrukcję, zawarli je na warunkach, które Trybunał uznał za niezgodne z prawem unijnym. Fakt, że banki mogły zbudować produkt inaczej, w niczym nie łagodzi skutków tego, że wybrały model wadliwy.
Pominięty zostaje przy tym kluczowy skutek wyroku: TSUE potwierdził, że dyrektywa 2008/48/WE powinna być interpretowana w taki sposób, by konsument mógł w pełni zrozumieć całkowity koszt kredytu. Jeśli mechanizm oprocentowania kosztów był niejasny lub ukryty - a w wielu umowach był - naruszenie obowiązku informacyjnego jest jak najbardziej możliwym wnioskiem, a nie automatycznie wykluczonym.
„SKD nie wynika z prawa unijnego" - argument pozornie silny
Autor kładzie duży nacisk na to, że sankcja kredytu darmowego jest instytucją prawa krajowego, nie unijnego. To formalnie prawdziwe. Lecz z tego faktu wyciąga wniosek zbyt daleko idący.
Polska ustawa o kredycie konsumenckim z 2011 r. jest implementacją dyrektywy 2008/48/WE i powinna być interpretowana zgodnie z jej celami. Jeśli TSUE stwierdza, że określona praktyka narusza dyrektywę, sądy krajowe mają obowiązek — wynikający z zasady pierwszeństwa i efektywności prawa UE — tak stosować prawo krajowe, by zapewnić konsumentom skuteczną ochronę. Tezę o szczelnej izolacji między prawem unijnym a sankcją krajową trudno obronić w świetle orzecznictwa TSUE dotyczącego właśnie konieczności zapewnienia effet utile dyrektyw konsumenckich.
Przepis art. 23 dyrektywy obrócony przeciwko konsumentowi
Autor powołuje się na art. 23 dyrektywy, wedle którego sankcje muszą być „proporcjonalne" - i na tej podstawie sugeruje, że sankcja kredytu darmowego jest nieproporcjonalna, gdy naruszenie „nie wywołało realnej szkody". To argumentacja, która powinna zapalić czerwone światło u każdego prawnika.
Po pierwsze, art. 23 dyrektywy wymaga sankcji „skutecznych, proporcjonalnych i odstraszających". Proporcjonalność nie oznacza łagodności - to żaden z tych trzech przymiotników jej nie implikuje. Sankcja musi odstraszać. Mały, łatwy do zbagatelizowania koszt naruszenia prawa przez instytucję finansową nie jest sankcją odstraszającą - jest elementem kalkulacji.
Po drugie, twierdzenie, że konsument nie poniósł „realnej szkody" gdy płacił odsetki od prowizji, jest co najmniej dyskusyjne. Konsument zapłacił więcej, niż powinien. Że różnica była wyrażona jako ułamek procenta miesięcznie? To właśnie dlatego setki tysięcy konsumentów nie wychwytywały tych praktyk przez lata.
Argumentacja z historycznej akceptacji praktyki
Autor wskazuje, że oprocentowanie kredytowanych kosztów było „praktyką powszechnie akceptowaną przez KNF, UOKiK i sądy". To argument z milczącego przyzwolenia, który w prawie konsumenckim ma ograniczoną wagę. Organy nadzorcze wielokrotnie akceptowały praktyki, które później okazywały się sprzeczne z prawem - kredyty frankowe są tu najdoskonalszym przykładem. Sama popularność wadliwego modelu nie czyni go legalnym.
Dyskredytacja powodów przez tożsamość ich pełnomocników
Ostatni akapit artykułu jest jego najsłabszym punktem. Autor wskazuje, że „większość spraw zostało wytoczonych przez firmy odszkodowawcze (parakancelarie)", które „traktują konsumenta jako środek do generowania zysku", i sugeruje, że ten fakt powinien wpłynąć na ocenę proporcjonalności sankcji.
To klasyczny ad hominem skierowany nie wobec strony procesu, lecz wobec jej pełnomocnika. Jeśli naruszenie prawa miało miejsce, prawa konsumenta nie wygasają dlatego, że ktoś mu w ich dochodzeniu pomaga zarobkowo. Zresztą adwokaci i radcy prawni pracujący dla sektora bankowego również pobierają wynagrodzenie za prowadzenie spraw. Pytanie o to, kto stoi za pozwem, jest pytaniem o konflikty interesów, ale nie może zastępować oceny merytorycznej roszczenia.
Konkluzja
Artykuł adw. Wandzla ma jedną zaletę: przypomina, że wyrok TSUE nie jest czarodziejską różdżką, która automatycznie unieważnia każdą umowę kredytową. To słuszna przestroga przed nadmiernym entuzjazmem.
Jednak w miejsce rzetelnej analizy Autor funduje czytelnikowi ciąg minimalizujących ocen, selektywnie dobranych argumentów i retorycznych niedomówień, których łącznym skutkiem jest wniosek: banki działały prawidłowo, konsumenci nie mają czego szukać w sądach. Ten wniosek jest co najmniej przedwczesny — i co do zasady niezgodny z duchem prawa unijnego, które od lat konsekwentnie wzmacnia pozycję konsumenta wobec profesjonalnych uczestników rynku finansowego.
„Mniej emocji, więcej precyzji" — to postulat słuszny. Szkoda, że artykuł go nie realizuje.
Krzysztof Szymański
kontakt@krzysztofszymanski.pl