Prof. Marek Belka: Nie ma argumentów przeciw euro. Dlaczego o tym nikt nie mówi?

REKLAMA
REKLAMA
"Wejście do strefy euro stało się w Polsce tematem tabu; tylko potężny kryzys gospodarczy mógłby wpłynąć na zmianę nastawienia Polaków do euro" – ocenia były premier i były szef NBP Marek Belka. W wywiadzie dla Polskiej Agencji Prasowej wyraża pogląd, że nie ma argumentów przeciw euro, lecz Polacy nie są informowani o zaletach przyjęcia wspólnej waluty.
Trwają konsultacje w sprawie szaty graficznej nowych banknotów euro. O tym, co albo kto się na nich znajdzie, zdecydują obywatele Unii Europejskiej, w tym Polacy. W jednej z propozycji na banknocie o nominale 20 euro widnieje wizerunek noblistki Marii Skłodowskiej-Curie, a na innej – bocian. Konsultacje Europejskiego Banku Centralnego są szeroko komentowane w mediach społecznościowych. O perspektywę przyjęcia euro PAP zapytał b. premiera i b. prezesa Narodowego Banku Polskiego prof. Markę Belkę.
REKLAMA
Euro tematem tabu
PAP: W Polsce toczy się dyskusja o tym, czy na nowej serii banknotów euro ma być wizerunek Marii Curie-Skłodowskiej czy bocian. Dlaczego politycy unikają meritum, czyli tematu przyjęcia przez Polskę wspólnej waluty? Euro to polityczne tabu?
Prof. Marek Belka: Na to wygląda. Kwestia przyjęcia przez Polskę euro została na tyle obrzydzona przez propagandę PiS, że wszyscy boją się na ten temat cokolwiek powiedzieć. Prawo i Sprawiedliwość sprzeciwia się euro z prostego powodu. Otóż przyjęcie wspólnej waluty wymusi pogłębienie integracji europejskiej, a jak wiadomo jest to wbrew interesom jawnych i ukrytych zwolenników wyjścia Polski z UE. Tymczasem PiS staje się partią antyeuropejską.
PAP: Kiedy był pan premierem powstał polski plan konwergencji. Jako szef banku centralnego przekonywał pan, że w strefie euro Polska będzie mogła lepiej bronić swych interesów. Lech Kaczyński mówił o możliwości zorganizowania referendum w tej sprawie. Może warto wrócić do tej koncepcji?
REKLAMA
M.B.: Referendum byłoby ryzykowne, bo przez te 20 lat prawicowa propaganda tak bardzo obrzydziła euro, że 60-70 proc. Polaków sprzeciwia się rezygnacji ze złotego. Ludziom wciska się kłamliwe, bzdurne argumenty przeciwko przyjęciu wspólnej waluty, które mi jako ekonomiście trudno jest nawet komentować. W rezultacie nawet proeuropejski rząd Donalda Tuska traktuje tę kwestię jak gorący kartofel, bojąc się spadku w sondażach. A wybory przecież za pasem.
Polityczne tchórzostwo
PAP: Czy to nie jest polityczne tchórzostwo? Przystępując do UE Polska zobowiązała się wejść do strefy euro.
M.B.: Jest, ale proszę pokazać mi dziś polityka, który nie jest „tchórzem”? Polityka, który bywa mężem stanu, który nie tylko gotów jest podejmować decyzję wbrew sondażom, jeśli uważa je za słuszne, ale i próbuje tłumaczyć opinii publicznej, że w danej kwestii większość pozostaje w błędzie. Media, w tym te społecznościowe utwierdzają społeczeństwo w przekonaniu, że w Polsce nie ma autorytetów, że nie ma co słuchać ekspertów, bo to elita oderwana od rzeczywistości. W efekcie żadna z partii głównego nurtu nie odważy się zrobić czegoś, co zaszkodziłoby jej pozycji, nawet jeśli jest to w szeroko rozumianym interesie społecznym. Abstrahując od euro proszę wskazać polityka, który powiedziałby publicznie, iż potrzebne jest podniesienie wieku emerytalnego.
PAP: Miałbym z tym problem, ale jeśli chodzi o euro zwolennikiem szybkiego przyjęcia wspólnej waluty jest Ryszard Petru, a wśród ekonomistów Witold Orłowski.
M.B: Proszę nie zapominać o mnie.
Brak argumentów "przeciw"
PAP: A argumenty „za” i „przeciw” euro?
M.B: Nie ma argumentów „przeciw”. Oczywiście w latach 2010-2012 strefa euro i w zasadzie cała UE znalazła się w kryzysie. Grecja była na krawędzi bankructwa, ale od tamtego czasu strefa euro znacznie się wzmocniła, a polska polityka pieniężna „osłabiła się”. W międzyczasie do strefy euro weszło kilka nowych krajów, w tym te „biedne” które według prawicowych partii nie powinny były przyjmować euro, bo to rzekomo prowadzi do wzrostu cen. To oczywiście nie jest prawda, bo wszystkie statystyki pokazują, że jest dokładnie odwrotnie – przyjęcie euro prowadzi do stabilizacji cen. Nikt nie zwraca uwagi na fakt, że koszty utrzymania waluty narodowej są potężne. Weźmy te wielkie rezerwy walutowe, te sztaby złota, które obecne kierownictwo NBP gromadzi z taką dumą – przecież to są miliardy wyrzucane do studni, które bardzo trudno będzie odzyskać, jeżeli w ogóle będzie można odzyskać. A przecież to jest koszt utrzymania własnej waluty. Tymczasem gdybyśmy mieli euro, pieniądze te można by wydać na pożyteczne cele. Znacznie niższe byłyby stopy procentowe. Obniżyłyby się koszty modernizacji gospodarki, inwestycji. Spadłyby i to znacznie koszty kredytów hipotecznych. Dlaczego o tym nikt nie mówi? Ano dlatego, że wszyscy boją się nawet wspomnieć o wejściu do strefy euro, bo przecież idą wybory!
PAP: Żeby przyjąć euro, trzeba zmienić konstytucję, a na to nie ma na razie szans.
M.B.: Trzeba więc zacząć od podstaw, czyli od zmiany nastawienia polskiej opinii publicznej do euro. Myślę o rzetelnej dyskusji, kampanii informacyjnej. Jeśli to by się udało, można by przeprowadzić referendum, które w razie wygranej, otworzyłoby drogę do zmiany konstytucji. Wracając do punktu wyjścia naszej rozmowy – dlaczego na banknocie 20 euro miałaby widnieć podobizna Marii Skłodowskiej-Curie, skoro Polski nie ma w strefie euro, ba szefowie wszystkich znaczących partii są temu przeciwni? Dlaczego mielibyśmy być w ten sposób wyróżnieni?
PAP: Prezeska EBC Christine Lagarde jest Francuzką, być może uważa noblistkę za Francuzkę…
M.B.: Coś okropnego! To tak jak z Copernicusem, który też nie był do końca Polakiem. Żarty żartami, ale jeśli chodzi o referendum, które wspomniałem, przygotowanie go wymagałoby dużo czasu, którego rządzący nigdy nie mają. Dlatego obawiam się, że tylko jakiś potężny kryzys gospodarczy mógłby wpłynąć na zmianę nastawiania Polaków do euro. Choć jestem zwolennikiem euro, o taki kryzys oczywiście się nie modlę.
PAP: Tym bardziej, że mamy wojnę za wschodnią granicą, z powodu której musimy przeznaczać ogromne środki na obronność. No i oczywiście nie spełniamy kryteriów konwergencji – deficyt fiskalny mamy dwa razy większy niż wymagany…
M.B.: Chciałbym mieć pewność, że te ogromne wydatki zbrojeniowe są robione z głową, a takiej pewności niestety nie mam. Zwykle jest tak, że gdy w grę wchodzą wielkie pieniądze, pojawia się skłonność, by wydawać je w sposób nierozsądny.
Interes polskich firm
PAP: Dlaczego polski biznes nie naciska na szybsze wprowadzenie wspólnej waluty?
M.B: Przyjęcie euro byłoby w interesie polskich firm. Niestety polski biznes nie ma silnej organizacji reprezentującej jej interesy, takiej jak np. DIHK, czyli Niemiecka Izba Przemysłowo-Handlowa. DIHK to potężna siła, zaś w Polsce od początku transformacji panuje w tej sferze „wolna amerykanka”. Mamy chyba z 10 różnych tego typu organizacji.
PAP: Podsumowując, szanse na wejście Polski do strefy euro w przewidywalnej przyszłości są bliskie zera?
M.B.: Przyszłość jest nieprzewidywalna, ale nie powiedziałbym, że bliskie zera. Zawsze może nadlecieć jakiś „czarny łabędź” (rzadkie, całkowicie nieprzewidywalne zdarzenie o fundamentalnym wpływie na gospodarkę i świat – PAP), który w radykalny sposób zmieni poglądy Polaków w tej sprawie.
Rozmawiał Jacek Pawlicki
REKLAMA


