Mercosur, Ukraina i iluzja wolnego wyboru. Dlaczego polski konsument musi odzyskać prawo do wiedzy

REKLAMA
REKLAMA
Debata wokół umowy UE–Mercosur oraz napływu produktów rolno-spożywczych z Ukrainy prowadzona jest w Polsce w sposób uproszczony i fałszywie spolaryzowany. Jedni sprowadzają ją do hasła „wolnego handlu”, drudzy do „obrony rolników”. Tymczasem istota problemu leży gdzie indziej i dotyczy nie tylko producentów, lecz także – a może przede wszystkim – konsumentów oraz podstawowych zasad uczciwego rynku. Nie chodzi bowiem o to, czy Polska powinna handlować z państwami trzecimi. Kluczowe pytanie brzmi inaczej: czy handel ten odbywa się przy zachowaniu elementarnej przejrzystości, porównywalnych norm oraz realnego prawa wyboru po stronie obywatela - pisze adwokat Grzegorz Prigan.
- Dwa strumienie importu, jeden mechanizm destabilizacji
- Problem, o którym mówi się zbyt rzadko: informacja
- Wolny rynek bez informacji nie istnieje
- Rozwiązanie: twarda, czytelna informacja
- Patriotyzm produktowy jako kategoria rynkowa
- Odpowiedzialność krajowa i rola resortu rolnictwa
- Mercosur i Ukraina jako test państwowej powagi
Dwa strumienie importu, jeden mechanizm destabilizacji
Mercosur i Ukraina są często analizowane oddzielnie. To błąd. W praktyce mamy do czynienia z dwoma strumieniami importu, które oddziałują na rynek w tym samym kierunku.
Pierwszy obejmuje produkty rolne i spożywcze z krajów Mercosuru, wytwarzane w skali masowej przy kosztach produkcji nieosiągalnych dla europejskiego rolnika, także dlatego, że nie obowiązują tam normy środowiskowe, sanitarne i dobrostanowe, które w Unii Europejskiej stanowią standard prawny.
Drugi strumień to import z Ukrainy, który po wybuchu wojny został w dużej mierze uwolniony od barier celnych i ilościowych. Intencja była politycznie zrozumiała, skutki gospodarcze – już znacznie mniej. Polska stała się jednym z głównych rynków zbytu dla produktów, które formalnie trafiają do Unii Europejskiej, lecz faktycznie omijają system kontroli i norm, z jakimi mierzą się producenci unijni.
W obu przypadkach rezultat jest zbliżony: nierówna konkurencja, presja cenowa oraz wypieranie z rynku produkcji lokalnej, prowadzonej zgodnie z europejskimi regułami.
REKLAMA
REKLAMA
Problem, o którym mówi się zbyt rzadko: informacja
Najpoważniejszym skutkiem tego procesu nie jest jednak sam import, lecz rozpad systemu informacji rynkowej. Konsument, stojąc przed półką sklepową, coraz częściej nie wie, co faktycznie kupuje.
Obecne oznaczenia produktów:
- nie wskazują beneficjenta rzeczywistego,
- nie informują, gdzie pozostaje wartość ekonomiczna,
- nie pokazują rzeczywistego udziału polskich surowców,
- nie ujawniają pochodzenia kluczowych komponentów.
Określenie „producent: Polska” może oznaczać wyłącznie pakowanie lub przetwarzanie. Sformułowanie „produkt polski” bywa oparte w przeważającej części na surowcu importowanym. Wyrób mięsny nie musi jednoznacznie wskazywać kraju pochodzenia mięsa. Produkt rybny często nie zawiera informacji ani o miejscu połowu, ani o rodzaju hodowli.
W efekcie rynek przestaje być rynkiem świadomego wyboru, a staje się rynkiem domysłów, marketingu i półprawd.
Wolny rynek bez informacji nie istnieje
Z ekonomicznego punktu widzenia jest to sytuacja fundamentalnie wadliwa. Wolny rynek zakłada symetrię informacji. Jeżeli jedna strona – konsument – jest tej informacji pozbawiona, mechanizm konkurencji nie działa prawidłowo.
Nie można mówić o uczciwej konkurencji, gdy jeden producent ponosi pełne koszty wynikające z europejskich norm, a drugi korzysta z ich obejścia, sprzedając produkt pod etykietą sugerującą porównywalną jakość i pochodzenie. Nie jest to problem ideologiczny. Jest to problem regulacyjny i informacyjny.
Rozwiązanie: twarda, czytelna informacja
Państwo nie musi wprowadzać zakazów ani ograniczeń handlowych. Wystarczy, że przestanie tolerować nieprzejrzystość. Rozwiązaniem jest jednolite, czytelne oznaczenie informacyjne, które wprost odpowiada na trzy pytania:
1) kto jest rzeczywistym beneficjentem produktu,
2) jaki procent produktu pochodzi z realnej polskiej produkcji rolnej,
3) skąd pochodzi kluczowy surowiec – mięso, ryba, zboże lub olej.
Nie opis marketingowy. Nie drobny druk. Jedna linia danych, przedstawiona w sposób jednoznaczny i porównywalny.
REKLAMA
Patriotyzm produktowy jako kategoria rynkowa
W tym sensie tzw. patriotyzm produktowy nie jest ideologią ani protekcjonizmem. Jest konsekwencją przejrzystości rynku. Jeżeli konsument wie, gdzie powstał produkt, z czyich surowców oraz komu przynosi dochód, jego decyzja zakupowa nabiera realnego znaczenia ekonomicznego.
Jeśli mimo tej wiedzy wybierze produkt importowany – to jego prawo. Problem polega na tym, że dziś tego prawa w praktyce nie ma, ponieważ nie dysponuje rzetelną informacją.
Odpowiedzialność krajowa i rola resortu rolnictwa
W tym kontekście nie sposób pominąć odpowiedzialności krajowej. Resort rolnictwa pozostaje obecnie w rękach Polskiego Stronnictwa Ludowego, które od lat deklaruje szczególną wrażliwość na interesy polskich rolników. Jeżeli deklaracje te mają mieć realny wymiar, projekt ustawy wprowadzającej jednoznaczne, twarde standardy informacyjne dla rynku żywności powinien już funkcjonować w procesie legislacyjnym.
Warto przy tym jasno podkreślić, że nie chodzi o wychodzenie z Unii Europejskiej, kwestionowanie wspólnego rynku ani wywoływanie konfliktów handlowych. Prawo unijne dopuszcza, a w wielu obszarach wręcz wymaga, ochrony konsumenta przed wprowadzaniem w błąd oraz zapewnienia przejrzystości informacji o produkcie. Informowanie o beneficjencie rzeczywistym, udziale krajowych surowców i pochodzeniu kluczowego komponentu nie stanowi protekcjonizmu, lecz realizację standardów uczciwej konkurencji.
Jeżeli państwo chce realnie wspierać polskich rolników, najprostszym i najuczciwszym narzędziem nie są kampanie wizerunkowe ani hasła polityczne, lecz precyzyjne prawo informacyjne, które oddaje decyzję w ręce konsumenta. Dopiero wówczas obywatel może faktycznie zdecydować, czy kupuje mięso, drób, owoce i warzywa pochodzące z polskiej ziemi, czy produkty importowane.
Mercosur i Ukraina jako test państwowej powagi
Debata o Mercosurze i imporcie z Ukrainy jest testem dojrzałości państwa. Nie polega on na tym, czy potrafimy powiedzieć „tak” albo „nie”, lecz na tym, czy potrafimy zapewnić uczciwe reguły gry. Państwo, które nie dba o przejrzystość rynku żywności, rezygnuje z jednej z podstawowych funkcji: ochrony konsumenta oraz zapewnienia równych zasad konkurencji. Przywrócenie jasnej informacji nie wymaga rewolucji. Wymaga decyzji, że prawda na etykiecie jest ważniejsza niż wygoda importerów i sieci handlowych. Reszta – wybór, preferencje i ceny – pozostaje w rękach obywateli. Tak właśnie powinien działać wolny rynek.
Grzegorz Prigan, adwokat i menedżer
REKLAMA
© Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A.
REKLAMA



