Co z kredytem po likwidacji WIBOR-u? Jak brak klauzul awaryjnych pokazał konstrukcyjną wadę umów bankowych

REKLAMA
REKLAMA
Problem klauzul awaryjnych nie jest marginalny ani techniczny. Dotyczy samego rdzenia umowy kredytowej – sposobu ustalania ceny. Brak odniesienia do zaprzestania publikacji WIBOR-u należy traktować jako dowód na to, że mechanizm zmiennego oprocentowania nie został prawidłowo uzgodniony.
- Cena, która miała się zmieniać, ale nie miała zniknąć
- Prywatny wskaźnik, publiczny problem
- Przed 2018 rokiem – luka, która już wtedy była widoczna
- Klauzula zmiennego oprocentowania jako mechanizm niepełny
- 1 stycznia 2018 r. – moment, w którym problem został nazwany
- Obowiązek „callbacku” wprost z prawa unijnego
- Praktyka po 2018 roku – pozór zamiast treści
- Klauzula fallback jako element oferty cenowej, a nie techniczny dodatek
- Kara nadzoru w 2024 roku – potwierdzenie problemu, nie wyjątek
- Aneksy podsuwane klientom nie naprawiają pierwotnych wad
- Brak planu awaryjnego po 2018 roku – konsekwencje dalej idące
- Wnioski, których nie da się już pominąć
Cena, która miała się zmieniać, ale nie miała zniknąć
Zmienna stopa oprocentowania od zawsze była przedstawiana klientom jako naturalna cecha kredytu. Banki tłumaczyły, że jej wysokość zależy od warunków rynkowych, cykli koniunkturalnych i decyzji polityki pieniężnej. Klient godził się na zmienność, bo rozumiał, że cena pieniądza może rosnąć lub spadać. Problem polega jednak na tym, że zmienność rynkowa to jedno, a niepewność prawna co do samego mechanizmu ustalania ceny to zupełnie co innego. Przez lata te dwa pojęcia były celowo mieszane.
Oprocentowanie kredytów w Polsce oparto na wskaźniku WIBOR, który miał pełnić rolę obiektywnego miernika ceny pieniądza. W praktyce był to wskaźnik administrowany przez prywatne stowarzyszenie, funkcjonujące poza strukturą państwową, bez ustawowego umocowania i bez gwarancji trwałości. I właśnie w tym miejscu pojawia się zasadniczy problem: skoro cena kredytu zależała od bytu prywatnego wskaźnika, to każda umowa powinna odpowiadać na pytanie, co stanie się z tą ceną, jeśli wskaźnik przestanie istnieć.
Tego pytania w umowach najczęściej nie było.
REKLAMA
REKLAMA
Prywatny wskaźnik, publiczny problem
WIBOR nie był aktem prawa, decyzją organu państwowego ani parametrem ustawowym. Jego dalsze funkcjonowanie zawsze zależało od decyzji podmiotów prywatnych, zmian metodologicznych albo regulacyjnych. To oznaczało, że ryzyko zaprzestania publikacji istniało od samego początku.
Z perspektywy banków był to fakt oczywisty. Z perspektywy klientów – fakt przemilczany. Umowy kredytowe opisywały WIBOR jako element oprocentowania, ale nie zawierały żadnego zabezpieczenia na wypadek jego zniknięcia. Klient nie wiedział, czy oprocentowanie zostanie zamrożone, czy zastąpione innym wskaźnikiem, czy też bank sam określi nowy sposób jego ustalania. A to oznaczało niepewność co do przyszłej ceny kredytu.
Przed 2018 rokiem – luka, która już wtedy była widoczna
Często podnosi się argument, że przed 1 stycznia 2018 r. nie istniał przepis, który wprost nakazywał bankom tworzenie planów awaryjnych. To prawda, ale tylko formalnie. Brak przepisu szczególnego nie zwalniał banków z obowiązku rzetelnego ukształtowania mechanizmu ustalania ceny.
Już wtedy było jasne, że wskaźnik administrowany przez prywatny podmiot może zniknąć. Skoro banki opierały na nim wieloletnie zobowiązania, to brak jakiejkolwiek klauzuli regulującej taki scenariusz należy traktować jako wadę konstrukcyjną umowy. Klauzula zmiennego oprocentowania była niekompletna – działała tylko w jednym wariancie, nie przewidując alternatywy.
Część banków już przed 2018 rokiem dostrzegała potrzebę tworzenia planów awaryjnych (fallbacków) na wypadek zaprzestania publikacji WIBOR. Problem w tym, że plany te były w wielu przypadkach wadliwe lub czysto iluzoryczne. Przykładowo, jeden z banków przewidział, że po zaprzestaniu publikacji WIBOR jego „zamiennik” będzie ustalany poprzez wyliczenie średniej z transakcji na rynku międzybankowym trzech największych banków.
Taki mechanizm nie tylko nie spełniał wymogów przejrzystości i weryfikowalności, ale w praktyce prowadził do arbitralnego ustalania oprocentowania przez podmioty będące jednocześnie stroną umowy, co podważa sens samego fallbacku i jego zgodność z zasadą rynkowości.
Klauzula zmiennego oprocentowania jako mechanizm niepełny
Zmienna stopa oprocentowania nie jest ogólną ideą, lecz algorytmem. Jeżeli algorytm nie przewiduje sytuacji, w której jego kluczowy element przestaje istnieć, to nie można mówić o pełnym uzgodnieniu ceny. W takiej sytuacji bank w przyszłości musiałby samodzielnie zdecydować, jak liczyć oprocentowanie dalej. Oznaczałoby to jednostronne określenie ceny w trakcie trwania umowy.
To właśnie dlatego brak klauzuli awaryjnej należy traktować jako wadę istotną, a nie marginalną. Cena kredytu nie została bowiem w pełni określona w chwili zawarcia umowy.
REKLAMA
1 stycznia 2018 r. – moment, w którym problem został nazwany
Wejście w życie unijnego rozporządzenia BMR od 1 stycznia 2018 r. nie stworzyło nowego ryzyka. Ono jedynie nazwało problem, który istniał wcześniej, i nałożyło na banki obowiązek jego kontraktowego rozwiązania. Od tej chwili banki miały obowiązek nie tylko posiadać plany awaryjne, ale także uwzględniać je w umowach z klientami.
Od tego momentu brak klauzuli awaryjnej stał się nie tylko wadą konstrukcyjną, lecz również naruszeniem obowiązku informacyjnego wobec konsumenta zapisanego w prawie.
Obowiązek „callbacku” wprost z prawa unijnego
Warto w tym miejscu przywołać przepis, który wprost przesądza, że obowiązek tworzenia planów awaryjnych – a więc mechanizmu fallbacku na wypadek zmiany lub zniknięcia wskaźnika – nie był kwestią uznaniową, lecz wynikał bezpośrednio z prawa powszechnie obowiązującego.
Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/1011 z dnia 8 czerwca 2016 r. (BMR) w art. 28 ust. 2 stanowi:
„Podmioty nadzorowane, inne niż administrator, o którym mowa w ust. 1, które stosują wskaźnik referencyjny, sporządzają i zachowują rzetelne plany, sporządzone na piśmie, określające działania, które podjęłyby na wypadek istotnych zmian lub zaprzestania opracowywania danego wskaźnika referencyjnego.
Jeżeli jest to możliwe i zasadne, plany takie wskazują jeden lub kilka alternatywnych wskaźników referencyjnych, które można by stosować jako odniesienie w celu zastąpienia wskaźników referencyjnych, których opracowywania zaprzestano, wskazując dlaczego takie wskaźniki referencyjne mogłyby być odpowiednią alternatywą.
Podmioty nadzorowane, na wniosek, przekazują te plany i ich ewentualne aktualizacje odpowiedniemu właściwemu organowi oraz uwzględniają je w stosunkach umownych z klientami.”
Ten przepis jest kluczowy, ponieważ jednoznacznie pokazuje trzy rzeczy, które w praktyce były przez banki ignorowane lub bagatelizowane.
Po pierwsze, plan awaryjny nie był dokumentem wewnętrznym tworzonym wyłącznie na potrzeby nadzoru. Ustawodawca unijny wprost wskazał, że plany te mają być uwzględnione w stosunkach umownych z klientami. Oznacza to, że ich treść musiała znaleźć odzwierciedlenie w umowie kredytowej – w postaci klauzuli awaryjnej, czyli właśnie mechanizmu „callbacku”.
Po drugie, przepis nie mówi o dowolnym „rozwiązaniu przyszłym”, lecz o konkretnych działaniach, jakie bank podejmie w razie zmiany lub zaprzestania wskaźnika. A jeżeli to możliwe i zasadne – o wskazaniu alternatywnego wskaźnika referencyjnego wraz z uzasadnieniem, dlaczego miałby on być odpowiednią alternatywą. To bezpośrednio dotyczy ceny kredytu, a nie abstrakcyjnej zgodności regulacyjnej.
Po trzecie, skoro plany te miały być uwzględnione w umowach, to ich brak oznacza, że mechanizm zmiennego oprocentowania nie został w pełni uzgodniony. W takiej sytuacji nie można twierdzić, że strony umówiły się co do wszystkich istotnych elementów świadczenia, skoro na wypadek zniknięcia wskaźnika bank pozostawił sobie swobodę jednostronnego określenia, jak dalej liczyć oprocentowanie.
Właśnie w tym sensie art. 28 ust. 2 BMR wprowadza obowiązek „callbacku” – nie jako technicznego dodatku, lecz jako konieczny element konstrukcji umowy. Jeżeli tego elementu zabrakło, to nie mamy do czynienia z drobnym uchybieniem formalnym, lecz z brakiem kompletności klauzuli zmiennego oprocentowania.
Praktyka po 2018 roku – pozór zamiast treści
Mimo jednoznacznych wymogów prawa, praktyka banków długo się nie zmieniała. W wielu umowach nadal brakowało realnych klauzul awaryjnych. Zamiast nich pojawiały się zapisy ogólnikowe, pozostawiające bankowi pełną swobodę decyzji. Klient nie dowiadywał się, jaki wskaźnik zostanie zastosowany, według jakich zasad i z jakim skutkiem finansowym. Często umowy w ogóle nie zawierały planów awaryjnych.
Szczególnie problematyczne były próby zastępowania wskaźnika WIBOR stopą referencyjną NBP. Była to próba obejścia problemu, a nie jego rozwiązania. Zastosowanie takiego parametru oznaczałoby bowiem zasadniczą zmianę charakteru umowy, bez wyraźnej zgody klienta.
Klauzula fallback jako element oferty cenowej, a nie techniczny dodatek
W całej dyskusji o klauzulach awaryjnych umyka jeden zasadniczy fakt: klauzula fallback nie była neutralnym technicznym zabezpieczeniem, lecz elementem oferty cenowej kredytu. Jej konstrukcja mogła wprost determinować przyszły koszt zobowiązania – i to w sposób istotny ekonomicznie.
To, jaki wskaźnik bank wskazałby jako zastępczy, miało bezpośrednie przełożenie na wysokość oprocentowania. Wystarczy uświadomić sobie, że na rynku istniało – i wciąż istnieje – wiele potencjalnych wskaźników referencyjnych, różniących się metodologią, poziomem oraz zmiennością. Wskazanie konkretnego z nich w klauzuli fallback oznaczało faktyczne określenie przyszłej ceny kredytu w scenariuszu awaryjnym.
Przykładowo, wskazanie wskaźnika zatwierdzonego przez nadzór bez spreadu korygującego mogło prowadzić do sytuacji, w której kredyt – po zaprzestaniu publikacji WIBOR – stawałby się tańszy, a nie droższy. To nie była kwestia teoretyczna. Już wcześniej funkcjonowały wskaźniki, które miały albo mają zezwolenie nadzorcze i których charakterystyka cenowa była niższa od WIBOR-u.
Takim wskaźnikiem był choćby WKF, który ostatecznie zniknął z rynku, ale przez pewien czas realnie funkcjonował. Dziś funkcjonują WIRON oraz POLSTR – wskaźniki o innej metodologii, innym profilu ryzyka i innym poziomie kosztu. Każdy z nich, gdyby został wskazany w klauzuli fallback, prowadziłby do odmiennego ekonomicznego skutku dla kredytobiorcy.
To pokazuje jasno, że klauzula fallback nie była obojętna cenowo. Była elementem, który współkształtował koszt kredytu w długim horyzoncie. Dwie umowy z identycznym WIBOR-em w dniu zawarcia mogły oznaczać zupełnie różne zobowiązania finansowe, jeżeli różniły się konstrukcją klauzuli awaryjnej – albo jej całkowitym brakiem.
Brak klauzuli fallback stawiał klienta w podwójnej niepewności: prawnej i cenowej. Prawnej – bo nie wiadomo było, czy i w jaki sposób bank w ogóle może zmienić wskaźnik. Cenowej – bo klient nie miał żadnej wiedzy, czy po ewentualnym zniknięciu WIBOR jego kredyt stanie się droższy, tańszy, czy też bank jednostronnie ustali nowy sposób naliczania oprocentowania.
Z perspektywy konsumenta oznaczało to, że nie znał pełnej ceny produktu finansowego, który nabywał. Cena była bowiem warunkowa i niedookreślona w istotnym fragmencie. A skoro klauzula fallback mogła przesądzić o tym, czy kredyt będzie w przyszłości tańszy czy droższy, to jej brak nie może być traktowany jako drobne uchybienie formalne. To brak elementu oferty cenowej.
W tym sensie klauzula fallback była integralną częścią mechanizmu ustalania oprocentowania. Jej pominięcie oznaczało, że bank sprzedawał kredyt, którego pełny koszt nie został kontraktowo określony, a przyszłe skutki ekonomiczne pozostawiono do jednostronnej decyzji jednej strony umowy.
Kara nadzoru w 2024 roku – potwierdzenie problemu, nie wyjątek
W 2024 roku organ nadzoru finansowego nałożył karę pieniężną na bank za brak sporządzenia rzetelnych planów awaryjnych oraz nieuwzględnienie ich w umowach kredytowych zawieranych już po 1 stycznia 2018 r. Co istotne, naruszenia dotyczyły okresu sprzed wydania przez nadzór formalnego stanowiska wyjaśniającego sposób stosowania klauzul awaryjnych. Oznacza to jedno: obowiązek istniał niezależnie od późniejszych wyjaśnień i interpretacji.
Kara ta nie była „nowym standardem”, lecz potwierdzeniem, że problem miał charakter realny i systemowy. Fakt, że sankcja została nałożona na jeden podmiot, nie oznacza, że pozostałe banki działały prawidłowo. Oznacza jedynie, że odpowiedzialność została rozliczona wybiórczo.
Aneksy podsuwane klientom nie naprawiają pierwotnych wad
W ostatnim czasie banki coraz częściej próbują rozwiązać problem klauzul awaryjnych poprzez podsuwanie klientom aneksów do umów. W aneksach tych pojawiają się nowe wskaźniki lub zasady zastępcze. Jednak nawet jeśli klient taki aneks podpisze, nie zmienia to faktu, że pierwotna umowa była zawarta z istotnymi brakami.
Nie da się aneksem usunąć wady polegającej na tym, że w chwili zawarcia umowy cena nie była w pełni określona. Aneks może zmienić umowę na przyszłość, ale nie usuwa skutków prawnych pierwotnej niekompletności klauzuli zmiennego oprocentowania. Podpis klienta pod aneksem nie oznacza, że wcześniejsze naruszenia przestają mieć znaczenie.
Brak planu awaryjnego po 2018 roku – konsekwencje dalej idące
Szczególnie istotne są umowy zawarte po 1 stycznia 2018 r., które nie zawierały prawidłowych klauzul awaryjnych. W takich przypadkach brak planu awaryjnego uwzględnionego w umowie może oznaczać, że bank w ogóle nie ma kontraktowej podstawy do zmiany wskaźnika na inny, jeżeli WIBOR przestanie być publikowany.
Oznacza to, że nawet jeśli przepisy prawa w przyszłości nakażą zastąpienie WIBOR-u innym wskaźnikiem, np. POLSTR, próba takiej zmiany może być niezgodna z prawem cywilnym, jeżeli umowa nie przewidywała takiego mechanizmu. Prawo publiczne nie zastępuje bowiem treści umowy cywilnoprawnej. Umowa miała przewidywać możliwość zmiany wskaźnika – a skoro tego nie zrobiła, bank nie może jednostronnie „uzupełnić” jej treści.
W takim ujęciu brak klauzuli awaryjnej nie tylko nie ułatwia zmiany wskaźnika, ale wręcz ją blokuje.
Wnioski, których nie da się już pominąć
Problem klauzul awaryjnych nie jest marginalny ani techniczny. Dotyczy samego rdzenia umowy kredytowej – sposobu ustalania ceny. Brak odniesienia do zaprzestania publikacji WIBOR-u należy traktować jako dowód na to, że mechanizm zmiennego oprocentowania nie został prawidłowo uzgodniony.
Rozporządzenie BMR nie stworzyło nowego obowiązku moralnego. Ono jedynie potwierdziło, że brak planów awaryjnych był błędem od samego początku. A próby naprawiania tego błędu po latach, poprzez aneksy lub działania ustawowe, nie zmieniają faktu, że pierwotna umowa została zawarta z istotną wadą.
Im dłużej sektor bankowy będzie próbował sprowadzać ten problem do „kwestii nadzorczych”, tym wyraźniej będzie on wracał tam, gdzie zawsze wracają źle skonstruowane umowy – na salach sądowych.
Krzysztof Szymański, ekonomista
REKLAMA
© Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A.
REKLAMA
